WTAtenis.pl - Forum tenisowe skupione na rozgrywkach WTA Tour! • Zobacz wątek - Magdalena Grzybowska
logo serwisu
Forum o kobiecym tenisie - WTAtenis.pl
WTAtenis.pl
Teraz jest niedziela, 21 kwi 2019, 05:47Klasyczne logowanie
Strefa czasowa: UTC + 1
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 6 ] 
Drukuj Poprzedni | Następny 
Autor
Wiadomość
 Tytuł: Magdalena Grzybowska
PostNapisane: sobota, 9 sty 2010, 17:37 
Avatar użytkownika
Wielki Szlem
Data rejestracji na forum:
piątek, 8 sty 2010, 21:54
Posty: 3113
Wiek: 27
Płeć: Mężczyzna
Ulubiona zawodniczka: Bethanie Lynn Mattek-Sands
Obrazek

Magdalena Grzybowska (ur. 22 listopada 1978) - ps. "Grzybcia", była polska tenisistka. Zaczęła tenisową przygodę grając w krakowskich klubach KS Nadwiślan, Olsza i Wawel. Była podopieczną kilku trenerów: Marka Grzybowskiego, Zbigniewa Górszczaka, Iwony Kuczyńskiej, Marvine Rose, Warwicka Bashforda, Stephane'a Charreta, Bartka Kwiatkowskiego. Zwyciężczyni juniorskiego Australian Open 1996. Półfinalistka 3 turniejów WTA: Warszawa 1995 i 1998, Hobart 1998. Olimpijka z Atlanty 1996. Wielokrotna reprezentantka kraju w Pucharze Federacji. W 1998 r. doznała kontuzji kolana, która była główną przyczyną zakończenia przez nią kariery w 2002 r. Odniosła kilka cennych zwycięstw nad zawodniczkami światowej czołówki: m. in. Venus Williams, Anke Huber, Jennifer Capriati i Conchitą Martínez.
Czterokrotnie docierała do 1/16 turniejów wielkoszlemowych w singlu: Australian Open 1997-1998, Roland Garros 2000 oraz Wimbledon 1997.


Państwo: Polska
Miejsce zamieszkania: Warszawa, Polska
Data urodzenia: 22 listopada 1978
Miejsce urodzenia: Poznań, Polska
Wzrost: 184 cm
Masa ciała: 66 kg
Gra: praworęczna (oburęczny backhand)
Status profesjonalny: 1995-2002

Gra pojedyncza

Wygrane turnieje: 0
Najwyżej w rankingu: 30 (10 sierpnia 1998)

Gra podwójna

Wygrane turnieje: 0
Najwyżej w rankingu: 86 (15 sierpnia 1997)

Profil na WTA Tour: Magdalena Grzybowska
Strona www: -
Never Give Up, Never Surrender

Skocz do góry
 Zobacz profil Offline 
 Tytuł: Re: Magdalena Grzybowska
PostNapisane: wtorek, 27 lis 2012, 21:16 
Wielki Szlem
Data rejestracji na forum:
sobota, 10 lip 2010, 18:08
Posty: 6058
Wiek: 24
Płeć: Mężczyzna
Ulubiona zawodniczka: Petkovic-Bacsinszky-Date Krumm
Cytuj:
Wywiad ukazał się w „Tempie” i „Przeglądzie Sportowym” w styczniu 2003 r.

"Zejście z huśtawki"

„Najbardziej brakuje mi takiej czystej satysfakcji: schodzę z kortu i czuję, że jestem totalnie z siebie zadowolona, zrobiłam wszystko, co mogłam. Nikt nie może mi nic zarzucić, bo wiem, że było dobrze. W innych dziedzinach życia trudno znaleźć coś takiego” – mówi MAGDALENA GRZYBOWSKA, która niedawno zakończyła wyczynową karierę.


Prawie dokładnie siedem lat temu, na otwarcie nowej, przerobionej z wojskowych zakładów remontowych, hali Wawelu rozegrały mecz pokazowy. Osiemnastoletnia Aleksandra Olsza triumfatorka Wimbledonu juniorek sprzed kilku miesięcy oraz siedemnastoletnia Magdalena Grzybowska, świeżo upieczona mistrzyni Australian Open w tej samej kategorii. Wygrała Magda, tenisowy świat stał otworem przed obiema.
Olsza opuściła korty już kilka lat temu, niedawno zapowiedziała zakończenie kariery Grzybowska. Przyjechała na miesiąc z Paryża, gdzie mieszka i studiuje, w tej samej hali zagrała kilka razy towarzysko z młodą krakowianką, Joanną Sakowicz. – Przywiozłam ze sobą jedną rakietę – wyjaśnia Magda. – Może czasem wystartuję w jakimś turnieju, jeśli nie będzie mnie bolało kolano, pozwoli czas. Tenis będę uprawiać dla przyjemności, nie wyczynowo.

***

- Wierzy pani w fatum? W 1998 roku wspięła się pani na trzydzieste miejsce w rankingu WTA, do szczytu został krok albo dwa. Niedługo przyszła kontuzja…
- Okazało się, że mam zniszczone chrząstki w obu kolanach, chroniczne zapalenie więzadła właściwego rzepki w lewym. Do tego taka anatomiczna sprawa – mam bardzo wysoko usytuowane rzepki, przez co więzadło jest jeszcze bardziej obciążone. Przeszłam artroskopię lewego kolana. Po pierwszej, wielomiesięcznej przerwie, paliłam się do powrotu, gry w turniejach, a tu spotkało mnie rozczarowanie, bo szybko okazało się, że nie jestem zdrowa. Tak długo czekałam, trenowałam i ciągle coś mi przeszkadzało. Wszystko było chaotyczne – jeżdżenie na turnieje, przerywanie gry, potem chodzenie do lekarzy, szukanie innych, siedzenie w domu. Huśtawka nastrojów: przeplatanie się nadziei – bo miałam dobre momenty – z załamaniem.
- Nie wszyscy wierzyli w tę kontuzję.
- W tenisie jest sporo zazdrości, kiedy ktoś się wybije, ludzie patrzą krzywo. Tak jest wszędzie, a w Polsce jest to tym bardziej dotkliwe, że mamy bardzo mało zawodników. Niektórzy mówili wprost: „Mogłabyś przestać udawać”, inni zarzucali, że jestem słaba psychicznie, choć stojąc z boku nie mogli wiedzieć, przez co przechodziłam. Słyszałam: „Zakochałaś się, wyjechałaś i dlatego nie grasz”, co było kompletną bzdurą. Nie było miło.
- Talenty, które błysnęły na krótko i zostały zniszczone przez kontuzje to kawał historii polskiego sportu. Z panią los obszedł się łaskawiej, bo sporo udało się osiągnąć. Może trzeba było spróbować jeszcze jednej operacji?
- Przez dwa lata nikt mnie nie namawiał do następnych zabiegów, dopiero w ostatnim okresie, kiedy okazało się, że dwa lata wysiłków zdały się na nic. Nie zdecydowałam się, bo wszyscy mówili, że efekt nie jest pewny, że po przewlekłej kontuzji kolano nie może być już stuprocentowo zdrowe. W tym roku, po wakacjach, kontuzja znowu mi się odnowiła, już nie miałam ani chęci, ani wiary, ani motywacji. Biłam się z myślami. Wreszcie powiedziałam sobie: ?Trudno, koniec?. Podjęłam decyzję i jestem wręcz z tego zadowolona, czuję ulgę.
- Udział w olimpiadzie to dla cel wszystkich zawodników, świadectwo sportowej dorosłości. Pani pojechała do Atlanty jeszcze przed uzyskaniem dokumentu dojrzałości.
- To było ogromne przeżycie dla mnie i Oli Olszy. Byłyśmy jednymi z młodszych uczestniczek igrzysk, nie miałyśmy większych szans na medale. W moim przypadku ta olimpiada była troszeczkę za wcześnie, kilka lat później miałabym szanse na jakiś wynik, walkę. Odpadłam w pierwszej rundzie, ale mam mnóstwo, mnóstwo wspomnień. Ceremonia rozpoczęcia: zgrupowano nas na bocznym stadionie, trwało to bardzo długo, czekanie, bieganie, stres, ustawiano nas, żeby to jakoś wyglądało. Jak już weszliśmy, przeżycie było niesamowite; tylu sportowców, kibiców, błyskały flesze. Gorzej było, gdy impreza się skończyła, bo masa ludzi musiała dotrzeć do wioski olimpijskiej. Walczyłam o bilety, żeby się dostać na koszykówkę, siatkówkę, lekkoatletykę. Na niektóre dyscypliny mi się udało, więc trochę pooglądałam jako widz. Od czasu do czasu ktoś mnie szturchnął: „Zobacz, to jest ten i ten, sławny bokser, czy sztangista”, jakiś mistrz świata, albo coś innego.
- Po czterech latach były następne igrzyska, na które nie zakwalifikowano pani, mimo spełnienia wymogów MKOl.
- Dochodziłam do siebie po kontuzji, udział w olimpiadzie był motywacją, znalazłam się na 70. miejscu w rankingu. PKOl postawił jednak dla tenisistów nierealny warunek – miejsce w pierwszej dwudziestce. Dowiedziałam się o tym przed samymi igrzyskami; nie wiem, czyja to wina, bo między Polskim Związkiem Tenisowym a PKOl były przepychanki, a zawodnicy nie wiedzieli, co się dzieje. O to miałam największy żal.
- Zbioru przykrych zdarzeń dopełnia zamieszanie wokół badania antydopingowego po mistrzostwach Polski w Poznaniu, w 1998 roku.
- To raczej śmieszna historia. Po zawodach zostałam poproszona o wykonanie próby antydopingowej. Miałam już sporo takich badań za sobą na turniejach zagranicznych, także niedługo wcześniej. Byłam jednak przyzwyczajona do tamtej procedury – ktoś zawsze towarzyszył zawodnikowi od momentu zejścia z kortu, obserwował. W Poznaniu nikogo takiego nie było. Zaczęły się wywiady, ceremonia wręczenia nagród, zupełnie wyleciało mi z głowy, że mam się stawić na badania. Pojechałam na obiad i nagle ktoś dzwoni, gdzie ja jestem, przecież miałam być na badaniu. Próba nic nie wykazała, ale zrobiło się zamieszanie.
- I cofnięto pani stypendium olimpijskie.
- Tak, cofnęli mi stypendium, którego i tak wcześniej nie dostawałam. „Boleśnie” mnie to dotknęło…
- Można popatrzeć na dzisiejszą sytuację inaczej. Ma pani 24 lata, dużą urodę, przystojnego narzeczonego, sporo pieniędzy na koncie, mieszka i studiuje w jednym z najładniejszych miast świata. Wiele rówieśniczek chętnie zamieniłoby się z panią, wielu rówieśników ma nieporównanie trudniejszy start.
- Tak, nie mogę żałować niczego. Otwiera się dla mnie coś nowego, ekscytującego. Sport ma tę fantastyczną cechę, że daje nowe możliwości, normalnie niedostępne. W życiu jest jednak tak, że trzeba o wszystko walczyć. Nie można sobie pozwolić na myślenie: „O teraz jest fajnie, mogę się delektować tym, co mam”. Nie wiem, czy do końca jest taki moment, że jest się spokojnym o przyszłość.
- Znalazła się pani w planie emerytalnym Kobiecego Związku Tenisowego. Emerytura będzie ze starego czy nowego portfela?
- Zaczną mi ją wypłacać dopiero po ukończeniu pięćdziesięciu lat. W trakcie całej kariery z zarobków na turniejach odprowadzana jest składka, do tego trzeba wnosić 1500 dolarów rocznej opłaty członkowskiej, spełnić kilka wymogów. Potem te pieniądze są inwestowane, jak w normalnych funduszach emerytalnych. Nie wiadomo w tej chwili, ile tego będzie.
- Dzisiejsze studia komunikacji międzynarodowej w Paryżu to też efekt umiejętności pogodzenia szkoły z grą w tenisa. Zeszyty i książki latały samolotami na turnieje?
- Zdarzało się, ale było ciężko się wtedy uczyć, bo na turnieju jest tyle wrażeń, trudno się skupić. Do ukończenia szkoły średniej przykładałam ogromną wagę, rodzice starali się wszystko zorganizować. W liceum miałam indywidualny tok nauczania. Najgorzej było w roku maturalnym, kiedy przez dziesięć miesięcy przebywałam poza Polską, przyjechałam na ostatnie dwa. Chodziłam codziennie do szkoły, siedziałam tam po siedem godzin. Później jeszcze miałam zajęcia w domach nauczycieli. Wszystko mi się udało z ich ogromną pomocą.
- W zbiorze lapsusów komentatorów sportowych zachowała się taka kwestia dziennikarza Eurosportu: ?Grzybowska jest już bardzo zdemoralizowana?.
- Ha, ha, ha! Nie słyszałam o tym. Może chodziło o to, że jestem położona na łopatki, zgnieciona przez przeciwniczkę? Dla mnie komentowanie to nowość, ale jednocześnie tenis jest czymś, na czym się znam. Najwyżej można coś głupiego powiedzieć, ale początki są trudne, więc nie ma się co przejmować, tylko uczyć na błędach.
- Pani praca w studio telewizyjnym podczas Australian Open znajdzie kontynuację?
- Plany na przyszłość na razie są luźne. Może zajmę się komentowaniem, ewentualnie – pisaniem o tenisie. Albo organizowaniem przedsięwzięć sportowych, turniejów tenisowych, których jest dużo w Polsce. Najbardziej odpowiadałaby mi praca w firmie sportowej, albo agencji menedżerskiej.
- Kiedyś pisano, że czeka panią kariera modelki.
- Kilka razy obcy ludzie zaczepili mnie na ulicy, w Miami, w Nowym Jorku, z pytaniem, czy nie jestem modelką i czy nie chciałabym nią zostać. Odpowiadałam zawsze, że raczej nie, bo mam inne zajęcia. Teraz już jestem na to za stara, no i za wysoka.
- Z uprawiania sportu, poza chronicznymi dolegliwościami, wynosi się jeszcze samodyscyplinę, która przydaje się w życiu.
- Musiałam wcześnie chodzić spać, właściwie się odżywiać, prowadzić uporządkowany tryb życia. Wiele osób mówi mi teraz: ?Jejku, jak ty jesteś Świetnie zorganizowana, wszystko robisz w jakimś celu, nigdy nie marnujesz czasu?. To dlatego, że przez lata musiałam w ten sposób funkcjonować: piętnaście minut na obiad, piętnaście na coś innego, żyłam z zegarkiem w ręku.
- Nie brakuje emocji, adrenaliny podczas pojedynku na korcie?
- Najbardziej brakuje mi takiej czystej satysfakcji: schodzę z kortu i czuję, że jestem totalnie z siebie zadowolona, zrobiłam wszystko co mogłam. Nikt nie może mi nic zarzucić, bo wiem, że było dobrze. W innych dziedzinach życia trudno znaleźć coś takiego.

***

Ćwiczenia serwisu, potem wymiany z głębi kortu, woleje. W przyozdobionej wojskową siatką maskującą hali słychać, charakterystyczne dla wielu tenisistek, głuche stęknięcia Magdy. – Odgłosy jak z poligonu – żartuje obserwujący grę Bogdan Sakowicz, ojciec Joasi. – A przecież miało tu nie być już żadnych manewrów.
Aśka jest skupiona, Magda częściej się uśmiecha, komentuje własne nieudane odbicia. – Ja też byłam poważna, gdy trenowałam „po coś” – wyjaśnia. – Teraz nie muszę się przejmować, kiedy forhend nie wychodzi mi tak, jak bym chciała.
***
- Jest pani sentymentalna?
- Od czasu do czasu, ale bez przesady. Wiąże się to z przedmiotami, na przykład niedawno dostałam książkę o Australian Open i zebrało mi się na wspomnienia.
- Powspominajmy zatem. 1995 – rok przełomu? Awans z 443. miejsca na 73. w rankingu WTA, półfinał turnieju Warsaw Cup by Heros.
- To był mój pierwszy rok profesjonalny, do setki weszłam bardzo szybko, młodzieńczym impetem. W następnym sezonie startowałam w największych turniejach i ciągle losowałam zawodniczki z pierwszej dziesiątki rankingu. Przegrywałam i po roku spadłam na 130. miejsce. Zobaczyłam jak to rzeczywiście jest w tenisowym świecie, ile trzeba mieć cierpliwości, umiejętności, żeby się w setce utrzymać. Okazało się, że rzeczywistość jest brutalna, ale wtedy właśnie poczułam się profesjonalną tenisistką.
- Po zwycięstwie w finale juniorskiego turnieju Australian Open publiczność kilka razy intonowała „Sto lat”.
- Pamiętam dobrze ten mecz, grałam z Francuzką Natalie Dechy. Było mnóstwo Polonii, naprawdę mnóstwo. Miałam niesamowity doping, po zakończeniu – śpiewy, gratulacje, zdjęcia. Fantastyczna atmosfera.
- Oczy na mokrym miejscu?
- Sukcesami zwykle się nie wzruszałam. Może częściej w ostatnich latach, kiedy miałam problemy ze zdrowiem i bardziej doceniałam zwycięstwa. Bardziej pamiętam emocje po meczach przegranych o włos. Wtedy lały się łzy.
- Po zwycięstwie z dużo wyżej notowaną Niemką Sabine Hack, podczas turnieju Warsaw Cup by Heros, powiedziała pani: „Nie miałam nic do stracenia, więc nie byłam zdenerwowana. Nie boję się mistrzyń”.
- Lubiłam grać z lepszymi zawodniczkami. Wyzwalało to dodatkową energię, czułam się lepiej. Jest taka prawidłowość u tenisistów – im dostają lepszą piłkę, tym lepiej grają. Potrafią wspiąć się na wyżyny.
- John Newcombe, pięciokrotny triumfator turniejów wielkoszlemowych powiedział: „Ona ma przed sobą przyszłość”, gazety pisały: „Nasza tenisowa nadzieja”. Miała pani moment zachłyśnięcia się sukcesem: „Będę gwiazdą!”?
- Nie, raczej nie. Wiedziałam, że zaczynam się zbliżać do dobrego poziomu, że niektóre zawodniczki czują respekt, szacunek. To można poznać, kiedy Monika Seles chętnie umawia się z tobą na trening, starsze tenisistki w rozmowach traktują cię jak partnerkę.
- W wywiadach nieśmiała pensjonarka przeistaczała się w pewną siebie, otwartą, światową dziewczynę.
- Nigdy nie rwałam się do tego, aby być osobą publiczną. Nie miałam po prostu wyjścia, rozdzwoniły się telefony od dziennikarzy; dużo wywiadów, trzeba było odpowiadać na pytania. Czasami nawet w nocy; bywało to uciążliwe, częściej przyjemne.
- Pojawiła się popularność – tutaj generał, tam wicepremier; każdy chciał się spotkać z utalentowaną nastolatką.
- Tenis zetknął mnie z wieloma znanymi osobami. Kiedyś w Berlinie mieszkałam w tym samym hotelu, co Bill Clinton. Były różne perypetie, bo nie można było wychodzić, albo wchodzić w określonych godzinach. Obstawa, jacyś faceci chodzili po piętrach. „Wow!”, prezydent Stanów Zjednoczonych zaraz obok, każdy chciał go zobaczyć na żywo.
- Udało się?
- Czaiłam się, czaiłam; myślałam, że go zobaczyłam, bo wsiadał do samochodu, odjeżdżając na spotkanie z kanclerzem Kohlem. Wszyscy, zaczęli krzyczeć: „O, tak, pojechał, to on, widzieliśmy go!”, ale później mówiono, że to był jego sobowtór, a Clinton na spotkanie poleciał helikopterem.
- Kto nie był sobowtórem?
- Podczas turnieju w Rzymie byłam na audiencji u Ojca Świętego. W Nowym Jorku, na US Open poznałam Milosza Formana. Był przyjacielem mojej trenerki, Iwony Kuczyńskiej, użyczył jej swojego mieszkania. Zaprosił nas kiedyś na kolację, udzielił mi kilku życiowych, głębokich rad człowieka doświadczonego. Było to niedługo po premierze „Skandalisty Larry’ego Flinta”, w jego mieszkaniu wisiały wielkie obrazy, zdjęcia z pracy na planie, czuło się jeszcze atmosferę tego filmu.
W ubiegłym roku, gdy na turnieju w Sopocie pracowałam dla radiowej „Trójki” – przeprowadziłam z prezydentem Kwaśniewskim wywiad. Grałam w tenisa z księciem Monako, Albertem.
- Kto wygrał?
- Grałam z Wojtkiem Fibakiem przeciwko księciu i Guilermo Villasowi. Wygraliśmy my.
- Dziadek był doskonałym obrońcą hokejowej drużyny Cracovii, mama grała w koszykówkę w drużynie Wisły, która zdobywała regularnie tytuły mistrzowskie, tato był siatkarzem pierwszoligowego Hutnika. Nie mogła pani nie uprawiać sportu.
- Rzeczywiście, nie była to moja decyzja, ale rodziców. Jakoś strasznie utkwił mi w pamięci ten moment, kiedy powiedzieli, że zapisali mnie do klubu i będę chodzić na treningi. Miałam siedem lat i absolutnie żadnego pojęcia, co to w ogóle jest tenis, ale jak tylko go poznałam – spodobał mi się. Robiłam coś innego niż koleżanki i koledzy w szkole, wyjeżdżałam, startowałam w turniejach.
- Żmudne treningi też się spodobały?
- Zawsze lubiłam trening czysto tenisowy. Nie jest monotonny, tyle się dzieje, mnóstwo uderzeń. Z kolei, czasami, żebym pobiegała, przerobiła jakieś ćwiczenia rozciągające – rodzice musieli mnie zmuszać, stosować różne wybiegi, obietnice.
- Tata charakteryzował w wywiadzie: „Magda jest szalenie pracowita. Pada deszcz, ale ona ubiera nieprzemakalny dres i wychodzi pobiegać”.
- To może nie było tak ładnie, jak wyglądało w tym wywiadzie… Trochę kręciłam nosem. Czasami potrafiłam miesiącami wstawać rano i chodzić biegać, a czasami mi się nie chciało. Czytałam ostatnio wypowiedzi polskich tenisistów, którzy narzekali, że nie osiągnęli sukcesów, bo nie było nikogo, kto by ich pilnował, motywował, przekonywał. Ja miałam zawsze rodziców. Gdy mi się nie chciało, tata szedł ze mną na kort. Graliśmy razem po halach, jakichś szkołach.
- Miejsca do treningu trzeba było szukać?
- Kiedyś odbijałam o ścianę na strychu w naszym bloku. To maleńka, zakratowana klatka i nie wiem dzisiaj, jak się tam mogłam zmieścić. Później trenowałam z tatą w sali gimnastycznej szkoły podstawowej, w której uczył. Po przedstawieniach, akademiach musieliśmy przed treningiem wszystko sprzątnąć, przesunąć pianino, położyć krzesełka obok. Zajmowało to nawet godzinę. Kiedyś szkoła była zamknięta, włamywaliśmy się przez okno. Ktoś dał znać; gramy, a tu przyjeżdża policja. Wytłumaczyliśmy się… Gdy wybudowano tenisową halę krakowskiej Olszy, trenowaliśmy przez pierwszą zimę bez ogrzewania, w rękawiczkach, dresach. Kierownik klubu przynosił nam co chwilę ciepłą herbatę, bo zima była tak mroźna, że samym graniem nie dało się rozgrzać.
- Tenis jest postrzegany jako sport elitarny, uprawiany przez dzieci zamożnych rodziców.
- Moi rodzice nie byli w stanie ponosić dużych kosztów. Tata od najmłodszych lat szukał dla mnie sponsorów. To, że mogłam jeździć na turnieje juniorskie, że w wieku 14 lat mogłam zatrudnić prywatnego trenera, było zasługą wielu, nawet drobnych mecenasów. Później zawdzięczałam mnóstwo Ryszardowi Krauze z Prokomu i firmie Adidas Polska. Tym wszystkim ludziom dziękuję, bo przyczynili się znacznie do mojej kariery.
- Wyjazdy z mamą. Kto się bardziej denerwował?
- Mama. Oglądała wszystkie mecze, bo uwielbia tenis, ale na moich miała przesądy. Co trzy gemy wychodziła na papierosa, choć normalnie nie pali. Albo przychodziła zawsze w tych samych koszulkach. Musiał być jakiś rekwizyt.
- Umie pani policzyć swoich trenerów?
- Na pewno, może tylko imion wszystkich nie udałoby mi się przypomnieć… W sumie jedenastu – od siódmego roku życia, to nie tak dużo. Jak na tenis.
- Każdy następny miał być lepszy od poprzedniego?
- To się brało z podnoszenia mojego poziomu sportowego, wieku. Zmiany ewolucyjne, a nie rewolucyjne.
- Który był najlepszy?
- Najlepiej wspominam Iwonę Kuczyńską, może dlatego, że podczas współpracy z nią miałam największe sukcesy, byłam cały czas w pierwszej pięćdziesiątce rankingu. Bardzo dobrze nam się układało na korcie i poza nim.
- A nie Stephane Charret, który jest pani chłopakiem? To chyba niebezpieczny układ, bo napięcia z kortu przenoszą się do życia prywatnego.
- Na pewno jest to specjalna sytuacja. Byliśmy parą już przed tym, zanim zaczął mnie trenować. Nie grałam już tak dużo, leczyłam kontuzję. To była naturalna kolej rzeczy; chciał mi pomóc, wyszukiwał ośrodki rehabilitacyjne we Francji, kierował mnie do lekarzy, prowadził zajęcia ze mną.
- Po pierwszych sukcesach powiedziała pani: „Pieniądze nie są na razie ważne”. Kiedy stały się ważne?
- Nigdy nie stawiałam sobie pieniędzy jako motywacji przed meczem. Nie myślałam, że kiedy wygram i przejdę do następnej rundy – zarobię tyle i tyle. O pieniądzach myślisz, kiedy wyprowadzasz się z hotelu po turnieju i masz rachunek trzy razy większy niż to co wygrałeś na korcie, a pamiętasz jeszcze, że musisz zapłacić tysiąc dolarów trenerowi za ostatni tydzień, do tego za podróż i loty. W takich chwilach pieniądze stają się ważne, myślisz: „Może w następnym turnieju zagram lepiej i koszty mi się zwrócą, a może nawet coś zarobię?”.
- Tenisiści to sympatyczni ludzie?
- Różnie. Steffi Graf przychodziła tylko na mecze i szybko wracała do hotelu, gdzie przebywała w swoim gronie znajomych. Z kolei Martina Hingis wręcz przeciwnie – często widać ją było w szatniach, czy gdzieś w restauracjach. W światku tenisowym zdarzają się znajomości, ale raczej powierzchowne; bardzo mało jest głębokich przyjaźni czy miłości. To biznes.
- Wspólne imprezy się nie zdarzają?
- Rzadko, czasami wyjścia na kolację do restauracji. Raczej nie spontaniczne. Sporo jest przyjęć sponsorskich, gdzie trzeba być. Na niektórych turniejach są players party. Najlepsze po Australian Open, w hotelu Hyatt w Melbourne. Ma niesamowitą renomę, wszyscy przychodzą, wszyscy się bawią. Pół-dyskoteka, pół-przyjęcie, co roku ma inną formę. Kiedyś trzeba było przebierać się za transwestytów, innym razem, na beach party, w kostiumy kąpielowe.
- Gdy pani pokazała się w światku tenisowym, o trzy lata młodsza Martina Hingis zaczęła wygrywać wielkie turnieje.
- Startowałyśmy razem w zawodach juniorskich. Martina miała dziewięć lat, ale była niesamowicie dojrzała na korcie, robiła co chciała, dziewczyny nie dorastały jej do pięt. Potem w szatni mama ją przebierała, Martina wyglądała na bezradne dziecko. Utkwiła mi w pamięci ta olbrzymia rozbieżność.
- Takie nazwy jak Tajwan, Hongkong, Pattaya brzmią egzotycznie i atrakcyjnie nawet w czasach biur podróży i paszportów noszonych w kieszeni. Poznała pani świat, czy tylko korty, hotele i lotniska?
- Myślę, że poznałam świat. Nie jeździłam na turnieje z przewodnikiem i chęcią zobaczenia wszystkiego, co się da. 80 procent czasu spędzałam na kortach, w hotelach i na lotniskach, ale zawsze zostawało te 20 procent, kiedy wszystko mnie interesowało. Pamiętam pierwszy wyjazd do Azji. Tokio, o szóstej nad ranem na ulice, które wydawały się przestronne, nagle wylegał tłum ludzi. Wszyscy mniej więcej tego samego wzrostu, wyglądali jak mrowisko. Albo Sedona, małe miasteczko w Arizonie, które urzekło mnie krajobrazem: czerwona ziemia, błękitne niebo i zielona roślinność. Niesamowity widok. Kilka miejsc będę pamiętać zawsze.
- I powracać?
- Chciałabym pojechać jeszcze do Sao Paulo. Byłam tam jedyny raz na turnieju, przez tydzień padał ulewny deszcz. Rozgrywki przeniesiono do hali, po meczach siedziałam w hotelu i oglądałam krople wody na szybach. Tyle się mówi: ?Brazylia!?, a ja widziałam tylko deszcz.
- Mówiła pani w wywiadach: „Ola Olsza to moja koleżanka i rywalka”. Bardziej koleżanka czy bardziej rywalka? Ktoś określił wasz stosunek jako: „nieujawnianą niechęć”.
- Byłyśmy koleżankami. Oczywiście, nie była to wielka przyjaźń, ale dobra znajomość. Dzieliłyśmy pokoje w hotelach, grałyśmy wspólnie debla, trenowałyśmy często razem. Cały czas jednak miałyśmy świadomość, że jesteśmy przeciwniczkami. Mobilizowałyśmy się wzajemnie swoimi wynikami.
- Rok po pokazowym meczu na otwarcie hali Wawelu, odbył się następny pojedynek. Doszło do małego skandalu: Ola przeklinała sędziów, zeszła z kortu. Napięcie jednak panowało…
- Tylko i wyłącznie na korcie, nasze relacje po tym meczu nie zmieniły się. To była specyficzna znajomość: lubiłyśmy swoje towarzystwo, plotkowałyśmy o wszystkim, mówiłyśmy sobie dużo. Jednocześnie w tym samym czasie sporo o nas mówiono, pisano, porównywano nas.
- Wieczorem, przed zaśnięciem przypominają się czasem mecze…
- Dwa. Kiedyś czytałam wspomnienia legendy kobiecego tenisa, Billie-Jean King. Rozwodziła się między innymi nad tym, co to jest koncentracja. Wysunęła teorię, że nie da się skoncentrować nagle, od pstryknięcia palcami. Polega ona na tym, że budzisz się rano, czujesz, iż jesteś skoncentrowany, wszystko jest dobrze, nikt i nic nie stanie ci na przeszkodzie w wygraniu meczu. Raz w życiu coś takiego mi się przydarzyło. Grałam z Jennifer Capriatti w Key Biscaine, w Miami, w sesji wieczornej. Jechałam na korty z hotelu małym autobusikiem, tylko z kierowcą. O wszystko mnie wypytał – gdzie gram, z kim. Na koniec mówi: „Coś mi się wydaje, że ty dzisiaj wygrasz, bo widzę, że jesteś bardzo skoncentrowana”. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie zauważyłam tego u siebie, ale w trakcie meczu wszystko mi szło i nic nie było w stanie mnie rozproszyć. Wygrałam.
Innym razem grałam w Chicago, z Moniką Seles. Także wieczorem, na korcie centralnym. Po drodze do hali zatrzymałyśmy się, kupuję kawę, a sprzedawca mówi: „Tak sportowo wyglądasz, a wiesz, że tu mamy turniej tenisowy i dzisiaj wieczorem gra Monika Seles?”. Wzięłam kawę, mówię: „Tak, wiem”. Wygrała Monika, 6:4 w trzecim secie, było pełno Polonii na trybunach. Też ten mecz wspominam, mimo że przegrany.

***

Koniec treningu, Magda spocona schodzi z kortu. – Męcząca ta przyjemność, co? – pokpiwa Michał Kostecki, dawniej jej częsty sparingpartner, obecnie trener szkółki tenisowej Wawelu.
- Tak, strasznie – uśmiecha się „Grzybcia”.
- Mówią, że za przyjemności trzeba płacić – komentuje Bogdan Sakowicz.
- Pan też chce przeprowadzić wywiad z Magdaleną Grzybowską? – pyta młody żołnierz pełniący służbę na portierni. – Nie znałem jej, nie wiedziałem, że jest taka sławna. Rozmawia się z nią jak z normalną dziewczyną.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

http://sportkrakowski.pl/zejscie-z-hustawki/

Skocz do góry
 Zobacz profil Offline 
 Tytuł: Re: Magdalena Grzybowska
PostNapisane: wtorek, 17 gru 2013, 16:07 
Junior
Data rejestracji na forum:
czwartek, 17 paź 2013, 11:28
Posty: 182
Płeć: Mężczyzna
Ulubiona zawodniczka: Martina Hingis
Świetny wywiad.
Wróciły mi pewne wspomnienia po jego lekturze.
Dzięki za zamieszczenie! :ok:
Laury wielkoszlemowe Martiny Hingis
Australian Open: singiel 1997, 1998, 1999; debel 1997, 1998, 1999, 2002, 2016; mikst 2006, 2015
French Open: singiel finał 1997, 1999; debel 1998, 2000, mikst 2016
Wimbledon: singiel 1997, debel 1996, 1998, 2015; mikst 2015, 2017
US Open: singiel 1997; debel 1998, 2015, 2017 mikst 2015, 2017

Skocz do góry
 Zobacz profil Offline 
 Tytuł: Re: Magdalena Grzybowska
PostNapisane: poniedziałek, 28 lis 2016, 16:02 
Avatar użytkownika
Moderator
Data rejestracji na forum:
piątek, 6 lip 2012, 15:10
Posty: 3242
Wiek: 23
Lokalizacja: Italia
Płeć: Mężczyzna
Ulubiona zawodniczka: Petra Cetkovska Petra Kvitova
Cytuj:
Magdalena Grzybowska: Agnieszka Radwańska ma talent, którego ja nie miałam

Magdalena Grzybowska w latach 90. była największą gwiazdą polskiego tenisa. To od niej oczekiwano, że na trwałe włączy się do światowej czołówki, a zwycięstwo w juniorskim Australian Open będzie początkiem jej wielkiej kariery. Kontuzja pokrzyżowała te plany. Dziś była zawodniczka nie ma już wiele wspólnego z tenisem, choć pracowała jakiś czas z Agnieszką i Urszulą Radwańskimi.

Gdzie mieszka się pani lepiej - w Krakowie, Paryżu, Warszawie czy na Florydzie?

- Każde z tych miejsc to kawałek mojego życia i w każdym z nich mieszkało się inaczej. Paryż kojarzę głównie z życiem studenckim. Żyłam tam sobie na kilkunastu metrach kwadratowych, ale było pięknie. Floryda to bardziej okres treningowy, związany ze szczytem mojej kariery. Wszystko było wtedy podporządkowane tenisowi i super się tam mieszkało. To świetne miejsce, a dobre również do relaksu, gdzie pogoda na pewno nikogo nie zawiedzie. Do tego ocean, plaże... Na Warszawę też nie mogę narzekać. W Krakowie chyba mieszka mi się najtrudniej, powiem szczerze. Ciągle się ze wszystkim albo do czegoś spieszę. Najwięcej mam tutaj życia rodzinnego, organizacyjnego i całej logistyki z tym związanej. Ale lubię Kraków. Ciężko porównać te cztery miejsca. Jakbym miała na szybko wybierać z tych miejsc to nie wiem, co bym wybrała. Może Florydę? (śmiech)

- Czy grywa pani jeszcze rekreacyjnie w tenisa?

- Nie mam czasu niestety, nie gram zatem w ogóle. Nadrabiają za mnie mój mąż i moje dzieci, ponieważ Janek - najstarszy, siedmiolatek gra już od trzech lat. Zaczyna sobie coraz lepiej radzić, więc wozimy go trzy, cztery razy w tygodniu na treningi. Ola - średnia moja córka, też już gra. Kontakt zatem z kortami mam, ale jest on trochę wymuszony. Mój mąż zajmuje się głównie tym tematem. Zawozi dzieci, mobilizuje. Czasami z nimi grywa.

- Chciałaby pani, aby dzieci poszły w ślady matki i zostały zawodowymi tenisistami?

- Nie wyobrażam sobie tego. To jest tak daleka droga, że jeszcze sobie tego nie wyobrażam, ale może przyjdzie czas, że zaczną to sobie wyobrażać. Pewnie nie jest możliwe, aby cała moja trójka grała. Jasiek bardzo tenis lubi, zresztą jest stworzony do rywalizacji. Bardzo to polubił, odkąd wie, że może z kimś wygrać na punkty i przeżywa bardzo porażki. Natomiast dziewczyny - Ola tak nie do końca, a Marysia jest jeszcze za mała.

- Pani za to wcześnie musiała zakończyć karierę, bo już w wieku 24 lat. Nie zazdrości pani Martinie Navratilovej tenisowej długowieczności?

- Nie, zupełnie nie. Kontuzja sprawiła, że się pożegnałam z zawodowym tenisem i wydaje mi się, że to była dobra decyzja. Pod koniec kariery zaczynałam się męczyć z takimi prozaicznymi rzeczami jak ból, albo to, że nie mogę grać na sto procent. Do tego ciągłe wyjazdy. Decyzja została zatem przeze mnie podjęta z wielką ulgą i staram się do tego nie wracać. Wiele ciekawych rzeczy się działo później w moim życiu - studia w Paryżu, praca w dużej agencji. Pracowałam przy tenisie, także w PZT z Agnieszką i Ulą Radwańską. Jeszcze wtedy wychodziłam sporo na kort, odbijałam z nimi. Byłam w formie. Jak już ta część tenisowa mojego życia się zamknęła, czyli po urodzinach Oli - to nie wyobrażam sobie powrotu do tenisa. Ten rozdział został już zamknięty. Czułam, że to już jest stary temat, że nigdy nie wrócę i nie chciałabym wracać. Każdy wysiłek wiązał się u mnie z nawrotem kontuzji, czułam jak kolano mi puchnie, że nie do końca jest zdrowe. I dalej tak czuję - na przykład jak sobie wyjdę pobiegać, dolegliwości wracają.

- To co teraz porabia Magdalena Grzybowska? Słyszałem, że jest pani brokerem?

- Tak, jestem. Zajmuję się nieruchomościami. Po urodzinach Oli, jak Janek był mały, to mogłam jeździć, podróżować i pracować przy tenisie. Potem zaczęłam szukać już zupełnie czegoś innego. Znalazłam sobie pracę, która mnie cieszy. Dużo wniosła w moje życie, nauczyłam się nowych rzeczy.

- Tenis to sport, w który wkłada się całe serce, a liczba wyrzeczeń jest naprawdę duża, biorąc pod uwagę chociażby to, że większość roku spędza się poza domem. Panią kontuzje pokonały dość wcześnie. Czy z perspektywy czasu nie żałuje pani tych wszystkich chwil oddanych tenisowi?

- Nie, nie żałuję. Ciężko tego żałować, bo się wiązało ze wspaniałymi przeżyciami. Każdy sportowiec powie, że to co robi, wiąże się z wielkim wysiłkiem i przeżyciami, które nie są dane każdemu. Na przykład występowanie przed wieloma tysiącami ludzi, stres, emocje, adrenalina, euforia. A zatem coś za coś. Tenis też nie jest najgorszym sportem, jeśli chodzi system wyjazdów. Zawsze jest czas, aby coś zwiedzić. Ma się trochę swobody w tym. Myślę, że nie miałam predyspozycji, aby być zawodniczką z pierwszej dziesiątki WTA i utrzymywać się długo na topie. Osiągnęłam tyle ile mogłam. Teraz już jestem w zupełnie innym świecie.

- I naprawdę gdy patrzy pani teraz, powiedzmy na Agnieszkę Radwańską, to nie myśli sobie pani "mogłam być dokładnie na jej miejscu, gdyby nie kontuzja kolana"?

- Nie wiem dlaczego, ale nie. Zupełnie tak nie myślę. Żyję tym, co jest teraz i nie rozpamiętuję. Nie pamiętam nawet wielu rzeczy z przeszłości. Agnieszka ma talent, którego ja nie miałam. Poza tym ma i miała rzeczy, których nawet nie zdołałabym wytrenować. Nieraz zresztą to widziałam, jak współpracowałyśmy i grywałam z nią. W tych nawet zabawowych, treningowych meczach ogrywała mnie, zawsze zdobywając ten decydujący punkt.

- Miała pani okazję popracować w roli menedżerki przy rodzinie Radwańskich. Czemu ta współpraca trwała tak krótko?

- To był taki czas, że pomogłam na tyle, na ile byłam w stanie. Agnieszka była już później na innym etapie. Później były jakieś drobne nieporozumienia. Drobny konflikt między nami i współpraca się skończyła. Zawodnik ma ten przywilej, że dobiera sobie ludzi, z którymi współpracuje mu się najlepiej. Częste są zatem zmiany menedżerów, trenerów...

- Ale mówi pani konkretnie o konflikcie z Agnieszką Radwańską czy z ojcem obu tenisistek?

- To już się tak zatarło, że nie pamiętam szczegółów. W tym czasie dziewczyny były jeszcze bardzo młode. Porozumiewałam się zatem bardziej z ich rodzicami. To nie były jeszcze doświadczone zawodniczki, a wychodzące dopiero z okresu nastoletniego. Wiele rzeczy załatwiali za nie rodzice. W pewnym momencie doszło do zgrzytów. Już teraz nie potrafię dokładnie powiedzieć na jakim tle i nie potrafiłabym sobie odtworzyć dlaczego. Po prostu nadszedł czas dla nich na jakiś kolejny etap, kolejny krok. Nie będę jednak ukrywać, że w pewnym momencie ta współpraca przestała nam się dobrze układać.

- W tenisie dość często się zdarza, że pierwszym albo jedynym na całą karierę trenerem zawodnika bądź zawodniczki zostaje któreś z rodziców. To dobry trend?

- Często to jest jedyne wyjście. Aby się przebić, trzeba włożyć dużo sił i wysiłków, których trenerzy klubowi nie mogą zagwarantować. Z reguły nie są oni w stanie poświęcić tyle uwagi zawodnikowi, co jego rodzice, włożyć w jego wyszkolenie tyle serca. W sportach indywidualnych to jest niemożliwe. Może bardziej to pasuje do sportów drużynowych - jak piłka nożna, hokej czy koszykówka, gdzie wiele rzeczy zorganizuje klub. Tenisiści nie mają takiego wsparcia, a w pierwszych latach w ten sport trzeba dużo włożyć, żeby później mieć co wyjmować. Pierwszą i najbardziej logiczną deską ratunku są tu rodzice. To jest też klucz do sukcesu.

- Tenis to sport indywidualny, nie licząc debla czy mikstu. Czy jest w nim miejsce na przyjaźń? A może inaczej - czy tenisistom i tenisistkom łatwo znaleźć przyjaźń poza tenisem?

- A to wszystko zależy od charakteru. Jest mniej okazji do pielęgnowania przyjaźni. Osoby grające w tenisa są ciągle w ruchu, ciągle na walizkach. Nie mogą sobie pozwolić na jakieś wyjścia towarzyskie. Często się da być na ślubach, studniówkach, urodzinach. A czy jest możliwa przyjaźń w środowisku tenisowym? Według mnie to zależy.

- No mnie się wydaje, że Agnieszka Radwańska przyjaźni się na przykład z Caroline Wozniacki.

- Może taka przyjaźń jest możliwa. Ja o sobie jednak nie mogę powiedzieć, że miałam przyjaciółki na tourze tenisowym. Jak ja zaczynałam poważnie grać, dużo było jeszcze na korcie tych wielkich tuzów tenisowych jak Monica Seles, Steffi Graf - dziewczyn jeszcze młodych, ale bardzo doświadczonych i ambitnych. Jeszcze była Navratilova, Arantxa Sánchez Vicario, Conchita Martinez. To był inny tenisowy świat - z dużym dystansem i pewnymi podziałami, między młodymi, a bardziej doświadczonymi zawodniczkami. Jak mówię jednak, wszystko zależy od charakteru. Ja nie miałam przyjaciółek na korcie.

- A zatem Magdalena Grzybowska i Aleksandra Olsza to bardziej rywalki niż przyjaciółki?

- Z Olą nie widziałyśmy się kopę lat. Byłyśmy rywalkami. Bardzo często spotykałyśmy się w finałach mistrzostw Polski. Z drugiej strony byłyśmy na turniejach międzynarodowych zdane na siebie, więc się lubiłyśmy. Mieszkałyśmy razem w tych samych pokojach często. Od wielu lat nie miałyśmy żadnego kontaktu, bo wiem, że Ola wyleciała do Stanów. Przyjaciółkami nie byłyśmy, ale rywalkami, które ze sobą dobrze żyły.

- Jaki mecz i jaką rywalkę zapamiętała pani najlepiej?

- Na pewno zapadł mi w pamięci mecz na Wimbledonie z Venus Williams, który wygrałam i nawet nie przez, że wyszłam z niego zwycięsko, a dlatego, że ciekawa historia była z nim związana. Obie wyszłyśmy na kort chyba po czterech dniach przesiadywania w szatni. Czekałyśmy na lepszą pogodę, bo codziennie padało i nasz mecz odwoływano. To był taki pechowy początek Wimbledonu, gdzie wszyscy tkwili w oczekiwaniu na swoje pojedynki. Po tych kilku dniach wreszcie się udało zagrać, trawa się osuszyła. Bardzo długo na to czekałam i zawsze będę to wspominać. Pamiętam też mecz z Jennifer Capriatti na turnieju w USA, gdzie z nią wygrałam. Później miałam grać z Monicą Seles - wielką osobistością tenisa, gwiazdą. Na mecz jechałam z takiej małej miejscowości spod Chicago. Zaplanowano go na wieczorną sesję, więc zatrzymałam się po drodze na kawę w przydrożnej amerykańskiej kawiarni. Pan obsługujący mnie, zobaczył, że mam rakiety i powiedział: "Dzisiaj gra Seles. Musi wygrać, bo będę bardzo jej kibicował". Odpowiedziałam cicho: "Wiem... bo właśnie jadę z nią zagrać". Pan się lekko zmieszał. Ale to wszystko było takie bardzo sympatyczne. Jaki mecz mogę jeszcze pamiętać? Pewnie wygrany z Martinez w 1998 roku

- No właśnie. Mówiła pani zaraz po nim, że to najważniejsze zwycięstwo w całej pani karierze. Dalej pani tak uważa?

- Pamiętam, że ten mecz był rozgrywany na korcie ziemnym. Ja wtedy czułam się naprawdę fajnie. Byłam pewna siebie. Wygranie z Conchitą na "mączce", po dobrym meczu, uważam za sukces. Nie było to jakieś tam przypadkowe. Byłam na najlepszym etapie swojej kariery.

- Dzięki tenisowi zwiedziła pani kawał świata. Wszystkie kontynenty poza Afryką, jak sądzę?

- Tak. Aczkolwiek wtedy była bardzo mało turniejów w Azji i na Bliskim Wschodzie, w porównaniu do tego, co jest teraz. Miałam w planach dotarcie do Chin, ale z powodu kontuzji musiałam to odwołać. Tour był wtedy bardziej skoncentrowany na Europie, Ameryce i Australii.

- Zawodowy sport bo ból, pot i łzy. Jak długo bez przerwy bolała panią noga w kolanie?

- Teraz już tego tak dokładnie nie powiem. Miałam dwie przerwy. Pierwsza chyba trwała dziesięć miesięcy. Miałam wtedy "zamrożony" ranking, więc mogłam powrócić po kontuzji z rankingiem sprzed niej. Chyba te przepisy nadal obowiązują, jeśli się nie mylę. Potem wróciłam i miałam kolejną przerwę - tym razem sześciomiesięczną. Gdy znów po niej grałam, ból cały czas dawał znać o sobie. Wracał. Było pytanie czy znowu zrobić sobie kolejną przerwę i następnie wracać czy powiedzieć sobie "dość". Ja już nie miałam na ochoty.

- Nałożył się na to jeszcze okres dwóch lat bez zwycięstwa. Czy z perspektywy czasu było to bardzo frustrujące?

- Znowu próbowałam się przebijać i walczyć o ten ranking. Do setki znowu weszłam, bo się na igrzyska w Sydney zakwalifikowałam, ale nie pojechałam na nie. I oczywiście, że było to frustrujące. Asekuracyjnie się wtedy zastanawiałam, jak długo jeszcze pogram. Jak nie bolało, wszytko było super, ale bolało i to często. Trudne są powroty. Nie miałam też takiego komfortu, żeby porządnie i długo gdzieś to móc wyleczyć. Choć wielu rzeczy próbowałam. Miałam artroskopię w Austrii, byłam we Francji, w ośrodku dla rugbistów, gdzie przechodziłam całą rehabilitację. Siedziałam tam miesiąc, cały czas ćwicząc. Byłam u pana z Dalekiego Wschodu, który próbował mi pomóc różnymi nietypowymi metodami. W Krakowie też przechodziłam rehabilitację. Może powinnam inaczej to zrobić, ale co można teraz powiedzieć?

- Z perspektywy czasu chyba brak pani startu na igrzyskach w Sydney. Była pani tylko w Atlancie, będąc bardzo młoda.

- Nie poleciałam tam, ale i tak do gry nie byłam przygotowana na sto procent. Chciałam tam być, ale faworytką i tak nie byłam. Szans medalowych przecież nie było. Szkoda, że się tam nie znalazłam, ale nie jest to największa tragedia mojego życia.

- Rytm pani życiu przez wiele lat nadawał pani tenis, teraz panią napędza macierzyństwo?

- Dokładnie tak. Staram się godzić macierzyństwo z pracą. Mogłabym się tak nie angażować i mieć trochę więcej czasu dla siebie i dzieci, natomiast bardzo lubię swoją pracę. To jest taka rozterka, którą pewnie ma wiele mam.

- Czy jest jeszcze pani zapraszana do współkomentowania tenisa albo czy jest pani otwarta na takie propozycje?

- Już nie jestem i powiem szczerze, że na szczęście. Jak ktoś czasami zadzwoni, to staram się grzecznie odmówić, bo nie jestem na bieżąco. Nie czuję się na tyle, żeby wypowiadać się o aktualnych wydarzeniach z tenisa w sposób ekspercki. Jak pan widzi, nie mam telewizora (rozmawiamy w domu Magdaleny Grzybowskiej - przyp. red.). Nie oglądam tenisa, czasem coś o nim przeczytam w internecie.

- Polski tenis ma się dzisiaj nieźle - i to zarówno po męskiej i damskiej stronie. Czego mu brakuje? Infrastruktury? Ilości dobrych kortów?

- W Krakowie chyba nie jest za dobra ta infrastruktura. Brakuje tych kortów. Nie byłoby tu jak zorganizować dużego turnieju. To jest duże, prawie milionowe miasto, a nie ma kortów ziemnych, otwartych latem na odpowiednim poziomie. Nie ma jednak dobrego klubu. Lubię bardzo Wawel, bo ma fajnie położone tereny i miejsca do trenowania. Dużej imprezy jednak się tam nie zorganizuje. Warszawa ma się trochę lepiej, co roku jest rozgrywany turniej. Wydaje mi się, że tenis się robi dość popularny. Nieraz widzę stale zajęte darmowe korty, ale jest tego za mało.

- Jakie ma pani plany na najbliższą przyszłość? Pewnie do tenisa już pani nie wróci w żadnej roli?

- Wielkich celów nie mam. Skupiam się na małych rzeczach, żeby odwieźć, zawieźć i żeby wszyscy w mojej rodzinie byli zadowoleni. Każda mama ma chyba cel, żeby jej dzieci były zdrowe, szczęśliwe i mądre. Jako broker też podchodzę spokojnie do tego wszystkiego. Wawelu na pewno nie sprzedam (śmiech).

Rozmawiał Przemysław Gajzler


*eurosport.onet.pl

#25

Skocz do góry
 Zobacz profil Offline 
 Tytuł: Re: Magdalena Grzybowska
PostNapisane: poniedziałek, 28 lis 2016, 17:27 
Wielki Szlem
Data rejestracji na forum:
sobota, 29 cze 2013, 22:20
Posty: 4896
Wiek: 21
Lokalizacja: Toruń
Płeć: Mężczyzna
Ulubiona zawodniczka: Goerges Radwanska Hantuchova
Jakoś czytając ten artykuł, odczuwam takie negatywne uczucia. Jakby zawodniczka strasznie nie chciała wspominać tych czasów i była źle do tego nastawiona. :niewiem:

Skocz do góry
 Zobacz profil Offline 
 Tytuł: Re: Magdalena Grzybowska
PostNapisane: wtorek, 29 lis 2016, 16:51 
Avatar użytkownika
Administrator
Data rejestracji na forum:
niedziela, 10 sty 2010, 21:40
Posty: 13845
Wiek: 34
Płeć: Mężczyzna
Ulubiona zawodniczka: Kaheaokaleonahenahemaikalani C
Po prostu zamknęła etap życia związany z tenisem na amen i się odcięła od tego na dobre.
Mam wrażenie jakby bardziej była rozżalona, że w okresie kontuzji i próby powrotu nikt się koło niej nie zakręcił i nie pokierował leczenia w dobrą stronę. Zabrakło fachowej i eksperckiej opieki, zabrakło "dobrego ducha", a kto wie jakby leczenie się udało może Grzybowska jeszcze kilka lat by pograła.

Dobrze, że Grzybcia nie pamięta meczu z Dominią Van Roost na US Open '98! To był zacięty mecz! Każdy gem rozgrywany na kilka przewag, a wynik... 60 60 dla Belgijki :cwaniak:
FEDERER ~ KYRGIOS ~ VERDASCO ~ DIMITROV ~ CHARDY ~ TIAFOE ~ ISTOMIN ~ DZUMHUR ~ ALBOT ~ KUBOT
LINDSTEDT ~ ANDERSON ~ NISHIKORI ~ ILHAN ~ POUILLE ~ FOGNINI ~ BOLELLI ~ FUCSOVICS ~ J. SOUSA ~ HURKACZ
ANDUJAR ~ GULBIS ~ MAHUT ~ MULLER ~ CHUNG ~ TECAU ~ AREVALO ~ RUUD ~ SOCK ~ DELLIEN

Skocz do góry
 Zobacz profil Offline 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 6 ] 
Strefa czasowa: UTC + 1
Forum tenisowe WTAtenis.pl
Kto przegląda forum

 Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Szukaj:
Skocz do:  
 cron
Polski Tenis
Agnieszka Radwańska